Kiedy patrzę wstecz, widzę, że moje najlepsze pomysły, małe cudowne odkrycia powstały w drodze. W pociągu, autobusie, w trasach "do" albo "z", na siodełku mojego roweru, kiedy byłam akurat po pożegnaniu albo przed powitaniem.
Poza tym myślenie w drodze ma tę zaletę, że niby człowiek spokojnie sobie siedzi (na rowerze, w fotelu), ale wszystko się rusza i zmienia, dając tak zwany wachlarz możliwości. Masz inspirację, ale nie każąć się zahaczać na detalu.
To typ myślenia, który objawia się też w domu: nieosobny, pasożytniczy, to myślenie podczas mycia zębów albo garów, przyczepione do innej czynności. A kiedy mam usiąść przy biurku, zaczyna się Golgota. Poza tym zaczynam kombinować: przestawiam przedmioty, włączam muzykę, nastrajam stacje w radiu. Mam głód bodźca, bo nic się nie przesuwa za oknem jak taśma filmowa, co najwyżej wróbel usiądzie na parapecie (też niedobrze, bo jak za długo siedzi, zaczyna się indywidualizować, a ja mu poświęcać dużo czasu - patrzeć na twarz wróbla, jego nóżki albo ogonek, a często też myśleć, skąd przybył i czy ma rodzeństwo). Więc jeśli już muszę pisać, pracować, to robię sobie mały chaos, spięcia elektryczne w mózgu, bo inaczej nie chce pracować.
Od pewnego czasu staram się też ćwiczyć ciszę i pracę w ciszy, tak, żeby sprawdzić, bo bycie ciągle w stanie podwyższonej gotowości psychofizycznej i głód bodźca wyczerpują strasznie, poza tym zbankrutuję na biletach, jeśli tak dalej pójdzie!
Jestem po długim czasie, widzę, że nadal odwiedzacie te strony. Najwięcej odwiedzin miałam w dzień moich urodzin, miłe.
A kiedy wracać do dziennika, jeśli nie jesienią?
Przez czas, kiedy mnie nie było Polska łagodnie zniosła kryzys światowy, a ja rzucałam palenie.
Wakacje spędzałam w wielu miejscach, między innymi w rodzinnych stronach. Pochodzę z Podlasia, zawsze kiedy tam wracam, przyjeżdżam z nową wiedzą, której tu, w metropolii nie mam szans zdobyć, bo ludzie boją się masowej paniki. Zwykle ta wiedza jest związana z rzeczami ostatecznymi (życie, śmierć, Sąd Ostateczny, ceny pszenicy i czarnych porzeczek - niskie)
Ostatnia informacją dotyczy końca świata:
Będzie za 2-3 lata. Wszystko przez telefony komórkowe, które zakłócają równowagę w przyrodzie. Telefony namieszały zwłaszcza w życiu pszczół, które przez ich fale nie mogą odnaleźć drogi do kwiatów, żeby je zapylić. W ten sposób nie ma nie tylko miodu, ale i owoców. Pszczoły mają wszystko zaplanowane co do sekundy, ale teraz są oszalałe, nie wiedzą, dokąd lecieć, z jaką prędkością, gubią pszczeli instynkt, a owoców jest coraz mniej. Pewnie też tych małych pszczół rodzi się mniej, ale to już dygresja ode mnie.
zagubione pszczoły+telefony komórkowe = brak owoców = głód = koniec świata
Przez cały XVIII wiek sprawy przybierały następujący obrót: nowatorzy byli początkowo sponsorowani i wspierani przez tron, by nagle popaść w niełaskę; myślicieli sprowadzanych z Zachodu przyjmowano z honorami, by znienacka ich deportować; młodych arystokratów wysyłano na zagraniczne studia, na Sorbonę, do Glasgow lub do Niemiec, a potem ni stąd, ni zowąd wzywano ich z powrotem do kraju i zabraniano im dalej się uczyć; inaugurowano z wielką pompą ogromne przedsięwzięcia intelektualne i raptownie je porzucano (prace nad rosyjską edycją Encyklopedii Diderota przerwane zostały na literze K i nigdy ich nie wznowiono).
T. zabrał posłów niemieckich odwiedzających Warszawę do Muzeum Powstania Warszawskiego. Okazało się, że jeden z nich zapomniał wziąć ze sobą okularów. Katastrofa. Telefon do ambasady, żeby ktoś te okulary przywiózł. A zarazem wycieczka idzie dalej, przez kolejne sale. Poseł dodzwonił się do ambasady, mówi o zostawionych okularach, nagle za jego plecami huk - odgłosy bomb, bo w sali właśnie odtwarzany jest zapis dźwiękowy z powstania. Poseł do słuchawki: -Bardzo panią przepraszam, ale ja naprawdę nic nie słyszę, bombardowanie jest...
Piotr wrócił wieczorem do pustego mieszkania. Siedział przez
chwilę w ciemności, następnie podszedł do okna i lekko odchylił żaluzję. Na
zewnątrz padało, ulica była pusta, kręcił się po niej tylko bezdomny kot. Piotr
pomyślał, że wprawdzie nie ma w lodówce nic oprócz dietetycznej koli, ale
mógłby kota wziąć do domu, osuszyć, ogrzać, może nawet trochę pocieszyć.
Wyszedł z mieszkania, ale w połowie drogi zawrócił. Po
rękawiczki. Z półki w holu wziął białe skórzane rękawiczki – innych nie miał, i
zbiegł po schodach na mokrą nocną ulicę.
Chwilę potem niósł już kota do mieszkania, nie bacząc na to,
że zwierzę brudzi jego biały kaszmirowy płaszcz. Kot trochę się wyrywał i
chciał drapać, ale Piotr mocno go trzymał i jakoś z nim dotarł do drzwi.
Kot nie chciał pić koli, ale Piotr koniecznie chciał coś zrobić
dla biednego stworzenia. Wysuszył kota suszarką, lecz uznał, że to jednak za
mało. Tak, trzeba kota podrapać albo pogłaskać. Podrapać, zdecydowanie podrapać
– bo przecież kot na pewno ma pchły, wywnioskował Piotr. Ale czym podrapać?
Myślał chwilę, stojąc pośrodku salonu i gładząc połę kaszmirowego płaszcza. Po
chwili podszedł do stołu, na którym leżał wąski futerał obciągnięty czarnym
aksamitem. Otworzył i wyjął z niego piękną batutę wysadzaną drobnymi
diamencikami. Podszedł do kota i, najpierw powoli, ostrożnie, następnie coraz
bardziej wprawnie i energicznie jął drapać zwierzę batutą. Jeden z diamencików
odkleił się od batuty i zniknął w gęstwinie miękkiego pręgowanego futra.
Ostatnio męczyły mnie głuche telefony. Jeden czy dwa dziennie. Telefon dzwonił, odbierałam, a po drugiej stronie milczenie. I tak przez jakieś dwa tygodnie. Znajomi mówili, że to może być wirus telefoniczny albo inna choroba aparatu. Aż parę dni temu Zadzwonił telefon, odbieram. Tak jak myślałam, po drugiej stronie cisza. I wtedy powiedziałam do słuchawki: -Słyszę twój oddech. Choć wcale nie słyszałam.
Cotonou jest ładnym, ale nudnym miasteczkiem i rzeczywiście jedyną atrakcją są tu rewolucje, które jednak nie zdarzają się częściej niż raz na kilka miesięcy
Kończy się jesień, a do mnie dopiero dociera, że skończyło się lato. Poranna mgła coraz bardziej zaczyna przypominać mleko. Kort schowany pod grubą warstwą liści, trzeba je odgarniać, ale następnego dnia spadają nowe. W ogrodzie zostały tylko czarne koślawe roślinki. Kota trzeba wpuszczać na noc do holu, bo marznie. Do pokoju wpadła niedawno mucha, ale żal mi było ją zabić, bo to prawdopodobnie ostatni potomek tegorocznej muszej epoki. Drewniane fotele nadal są wystawione na zewnątrz, ale prawie nikt nie siada. Poznaję to po tym, że odkąd parę dni temu złączyłam dwa, żeby na jednym z nich oprzeć stopy, tak zostało do dziś. W niedziele jest inaczej, jakby ktoś wziął kluczyk, nakręcił zabawkę i wprawił ją w ruch, ale tak odrobinę, lekko. Po obiedzie, kiedy świeci słońce - a świeci prawie zawsze - wychodzimy przed dom. Bierzemy koce, herbatę i książki. Ustawiamy fotele w rzędzie, żeby mieć twarze zwrócone do słońca, siadamy i zaczynamy czytać. Co pół godziny, kiedy dochodzi do nas cień, zaznaczamy w książkach moment, na którym skończyliśmy, wstajemy bez słowa i jak na komendę przestawiamy fotele z cienia w słońce. Siadamy znowu, bierzemy książki i czytamy w przerwanym momencie. Po około dwóch godzinach ktoś, zwykle ja (jako najmniej odporna na zimno) mówi: -Nie wiem, jak wy, ale ja idę się ogrzać. Ktoś idzie ze mną, ktoś zostaje, lecz późnym popołudniem już zawsze widzę przez okno pusty rząd foteli. Dziś było podobnie. Ale jedna osoba została. Mijały godziny, zaszło słońce i zaczęlo się ściemniać. A ona siedziała. Poczekajcie, wyjrzę przez okno. Czyta dalej, w ciemności.